"Sochohistorie" na Dni Sochaczewa

Dobrym miejskim zwyczajem stało się prezentowanie z okazji Dni Sochaczewa wydawnictw dedykowanych mieszkańcom miasta. Z uwagi na epidemię tegoroczne Święto Mieszkańców nie odbyło się w tradycyjnej formie, ale mimo trudnej sytuacji ukazała się drukiem nowa książka Barbary Sobkowicz. Fakt ten stał się okazją do rozmowy z autorką.

"Sochohistorie" to druga Pani książka opowiadająca o naszym mieście i jego mieszkańcach. Sądząc po tytule, jest nawiązaniem do wydanej dwa lata temu "Sochonostalgii"?
W pewnym sensie tak, bo opowiada o naszym mieście, jego mieszkańcach. W "Sochonostalgii" pisałam o dawnych sochaczewskich ulicach, restauracjach, ważnych dla mnie miejscach i ludziach. Tym razem bardziej skupiam się na ludziach, ich powikłanych losach, trudnych życiorysach.

No właśnie, w nowej książce pojawiają się nie fikcyjne postacie, a osoby znane z imienia i nazwiska. Jak Pani dobierała bohaterów opowiadań?
Zaczęło się od poznania historii Domu Dziecka Rodziny Policyjnej, który powstał w okresie międzywojennym i był przeznaczony dla sierot po policjantach, którzy stracili życie w czasie walk o niepodległość. Dom istniał jeszcze w czasie II wojny. Bardzo mnie ten temat zainteresował. Zaczęłam szukać ludzi, którzy mogliby coś na ten temat pamiętać i, nie wdając się w szczegóły, dotarłam do ks. Tadeusza Kraszewskiego. Wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo na losy ludzi wpłynęły dwa totalitaryzmy - hitleryzm i stalinizm, i że w Sochaczewie żyje jeszcze wiele osób lub ich rodzin, na których tamte czasy odcisnęły piętno.

Czasami smutno, czasem wręcz wstrząsająco brzmią niektóre opowieści, jak ta o dzieciństwie pani Henryki Wylot, losach Tadeusza Szajnwalda czy życiu Krystyny Mikołajczyk. To osoby znane w środowisku. Jak udało się Pani namówić je lub ich rodziny na tak osobiste wspomnienia?
Część bohaterów moich opowiadań znam od lat. O losach innych wcześniej słyszałam. Myślę, że ludzie ze mną rozmawiają, bo wiedzą, że mnie ich opowieści autentycznie interesują i że lubię słuchać ich historii. Muszę jednak przyznać, że w większości spotkania z moimi rozmówcami okupione były łzami wzruszenia, smutku, radości, jeśli historia dobrze się kończyła.

W wielu przypadkach były też okazją do wyjaśnienia pewnych zawiłych historii rodzinnych. Mam tu na myśli np. rozmowę z Krystyną Mikołajczyk.
To jest rzeczywiście bardzo ciekawy przypadek. Krystyna Mikołajczyk dopiero po wielu latach "wyjaśniła sobie", dlaczego jej ojciec, rodowity warszawiak, znalazł się na terenach wschodnich (Lida). Dużo później, już w Polsce, dotarło do niej, że jej ojciec, Konstanty Nikita, był piłsudczykiem, a to przecież komendant Józef Piłsudski osadzał swoich żołnierzy na wschodnich rubieżach II Rzeczypospolitej. Nie mogła swoim dzieciom, w tym i Krysi, mówić o tym ich mama, kiedy po wojnie okazało się, że mieszkają na Białorusi. Po powrocie do Polski w 1959 r. trzeba było zaczynać wszystko od początku. Krysia na studiach w Polsce czuła się osamotniona, miała problemy z rodzimym językiem, którego używano tylko w domu. Była obca, choć była Polką i wiele lat upłynęło zanim poczuła się tu u siebie. To były naprawdę wielkie ludzkie dramaty.

Jest ich sporo w "Sochohistoriach".
Rozmowy z moimi bohaterami zawsze były poruszające. Nie wszyscy zgodzili się wystąpić pod nazwiskiem, ale wszystkim bardzo dziękuję za poświęcony czas, przeżycia, jakich te spotkania dostarczyły.

W książce prezentuje pani także osobiste refleksje, np. w tekście "Moje wczoraj i dziś", w którym opowiada pani o swojej młodości, latach nauki, życiu towarzyskim, przypadających na czasy PRL. Ale nie znajdziemy tu cierpiętnictwa. Wręcz przeciwnie, traktuje pani te czasy w sposób lekki, nawet dowcipny.
Mimo że były to trudne czasy, myśmy w nich żyli. Urodziłam się w latach 40., w czasie wojny, której zupełnie nie pamiętam. W najgorszych latach reżimu byłam dzieckiem, więc też nie odczułam represji, ale wiem, że było wiele tragedii, były krwawe rozprawy władzy ludowej z tymi, którzy działali w podziemiu czy to w okresie okupacji, czy tuż po wojnie. Były też donosy, czego przykładem jest rodzina Szajnwaldów, kiedy to na skutek donosu ojciec rodziny otrzymuje wyrok pięciu lat więzienia za posiadanie 5 dolarów USA.

W "Sochonostalgii" czytałam, że  również pani ojciec, na skutek doniesienia, był aresztowany za wypowiedzi na temat gen. Andersa, na szczęście na krótko.
To prawda, dlatego z dzieciństwa pamiętam przestrogi rodziców, aby nie rozmawiać z nikim o tym, co usłyszałam w domu. W tamtych czasach nie można było wyjeżdżać za granicę, więc nie miałam skali porównawczej, jak wyglądało życie na Zachodzie. Dla ludzi w moim wieku ówczesna polska rzeczywistość była jedyną, jaką znaliśmy. Mogliśmy się przeciwko niej buntować, narzekać na różne niedogodności, robić jakieś wygłupy na "złość władzy", ale to wszystko. A że byliśmy młodzi, chcieliśmy korzystać z życia. Studiować, bawić się, zakochiwać. Dlatego uważam, że obok niedostatków, ogólnej biedy, zakazów, toczyło się normalne życie. I o tym piszę w książce.

Nie będzie tradycyjnej promocji wydawnictwa, nie ma na razie planów dotyczących spotkania autorskiego, gdzie zatem można kupić "Sochohistorie"?
Zanim o tym powiem, chciałabym serdecznie podziękować pani naczelnik Joannie Niewiadomskiej-Kocik oraz burmistrzowi Piotrowi Osieckiemu, którzy zdecydowali się wydać moją książkę. Dziękuję także wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że opisane przeze mnie historie ukazały się drukiem. A co do możliwości zakupu, to tak jak poprzednio, książka będzie dostępna w księgarni przy ul. Reymonta, myślę że już od połowy czerwca.

Rozmawiała Jolanta Śmielak-Sosnowska

 

A A A
13-06-2020
godz.14:58
 


nadchodzące wydarzenia

piątek, 10.07.2020 r. 2898086 odwiedzin

Zapisz się na newsletter

e-mail       sms     wypisz się
polecamy