Gołąb z kapelusza...

Sześć lat temu, gdy ks. Antoni Jaszczołt skończył 80 lat, dał się namówić dziennikarce „Ziemi Sochaczewskiej” Jolancie Sosnowskiej na rozmowę o tym, jak trafił do Trojanowa, o swoje rodzinie, dzieciństwie, filozofii pracy kapłańskiej, w której mocnym elementem była troska o „zbłąkane dusze”. Przypomnijmy sobie, jak dobrym i ciepłym był człowiekiem śp. ksiądz Antoni. Dodajmy jeszcze, że pogrzeb Honorowego Obywatela Miasta, kochanego przez parafian ks. Jaszczołta, odbędzie się 3 grudnia o 13.00 w kościele w Trojanowie. 

 

Proboszcz kilku pokoleń

Ma za sobą 40 lat probostwa, 55 lat kapłaństwa i 80 lat życia. Należy do wąskiego grona Honorowych Obywateli Miasta. Mimo słusznego wieku nadal służy wiernym w konfesjonale i przy ołtarzu. Trudno znaleźć mieszkańca Sochaczewa, który nie wiedziałby, kim jest ks. prałat Antoni Jaszczołt, były proboszcz parafii Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Trojanowie. Duchowny w Nowy Rok obchodził swoje 80. urodziny.
Imię po świętym

- Byłem bardzo zaskoczony ludzką pamięcią. W kościele nie odbywały się żadne oficjalne uroczystości, a mimo to otrzymałem tyle życzeń. Największym zaskoczeniem było przybycie pana burmistrza Osieckiego. Proszę sobie wyobrazić: Nowy Rok, po sylwestrze, msza o 8 rano, a tu pan burmistrz z panem radnym Stasiakiem z bukietem 80 róż i listem gratulacyjnym. Bardzo się wzruszyłem - opowiada ks. prałat.
Ksiądz Antoni Jaszczołt dziwi się swojej długowieczności, bo w rodzinie niemal wszyscy umierali młodo. Jego tata Wojciech zmarł w wieku pięćdziesięciu kilku lat, kiedy mały Antoś był zaledwie czterolatkiem. Ale to ojcu zawdzięcza imię.
- Rodzice byli bardzo religijni. Tata często czytał Rycerza Niepokalanej. Przed moimi narodzinami odbywały się obchody 700-lecia śmierci św. Antoniego, o czym tata przeczytał w gazecie. Postanowił, że dziecko otrzyma imię po świętym - mówi ze śmiechem ksiądz prałat.
Kiedy więc 1 stycznia 1932 r. przyszły duchowny przyszedł na świat, nie było wątpliwości, jakie nadać mu imię. Ks. Antoni pochodzi z małej miejscowości Winna na Podlasiu, 5 km od Ciechanowca. Był najmłodszy spośród rodzeństwa, ale dzieciństwo nie należało do łatwych.
Już miałem kupione książki i mundurek do szkoły. Piękny, z krótkimi spodniami i kołnierzem marynarskim. Dostałem specjalnie uszytą torbę na podręczniki. Nie zdążyłem ich jednak użyć, bo 1 września wybuchła wojna - wspomina ks. prałat. - Po wejściu Rosjan do Polski szybko jednak zorganizowano nauczanie. Zaliczono nas do Zachodniej Białorusi, dlatego w szkole obowiązkowy był język białoruski i 10-letni system nauczania. Nie potrwało to jednak długo. W 1941 r. przyszli Niemcy. Wtedy już zupełnie nie było mowy o szkole. Ja jednak uczyłem się na tajnych kompletach. Spotykaliśmy się po kilka osób w różnych domach. We wsi mieszkał nauczyciel, więc mieliśmy pomoc. Mama bardzo pilnowała, żebym zdobył wykształcenie, dlatego zaraz po wyzwoleniu zapisała mnie do szkoły w Ciechanowcu. Tam skończyłem szóstą klasę i gimnazjum. Najpierw chodziłem pieszo. Pięć kilometrów w jedną stronę i z powrotem. Później pojawiły się rowery z demobilu, więc od wiosny do jesieni dojeżdżałem rowerem, ale zimą nie dało rady. W naszych stronach zimy były srogie. Żeby mieć więcej czasu na naukę i dostęp do książek, których wtedy nagminnie brakowało, w ostatniej klasie, przed maturą, mieszkałem kątem u kolegi - opowiada jubilat.

Spod ręki Prymasa
Maturę zdał w 1951 r. i w tym samym roku wstąpił do Seminarium Duchownego w Warszawie. Kiedy pytam, czy nie miał wątpliwości, jaką drogę wybrać po maturze, ks. Antoni odpowiada: żadnych. Święcenia otrzymał z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego nie ukończywszy szóstego roku seminarium.
- To był 1956 rok. Zwolniono uwięzionego przez władze Prymasa Wyszyńskiego, który wymógł na rządzących powrót religii do szkół. Potrzebni byli katecheci. Dlatego ks. Prymas postanowił skrócić ostatni rok nauki w seminariach. 8 grudnia 1956 r., wraz z dużą grupą kleryków, wśród których był m.in. ks. prałat Jan Kaczmarczyk, były proboszcz z Chodakowa, przyjąłem święcenia kapłańskie. Do dziś poczytuję sobie za zaszczyt, że udzielił mi ich Prymas Tysiąclecia. Zaraz po Trzech Królach rozpocząłem moją pierwszą pracę w parafii Jabłonna pod Warszawą. Byłem wikariuszem w Jabłonnej i uczyłem religii w szkole w Legionowie. To była ogromna placówka, mnóstwo dzieci, dużo godzin, praca również w soboty. Niewiele czasu miałem na posługę w parafii, ale to tutaj udzieliłem pierwszych w życiu sakramentów.
Po czterech latach pobytu w Jabłonnej, ks. Antoni trafił do warszawskiej parafii Matki Bożej Loretańskiej na Pradze. Pobyt tutaj nie trwał jednak długo, bo nasz bohater rozpoczął trzyletnie studia magisterskie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jak twierdzi, za jego czasów seminarium nie kończyło się żadnym tytułem naukowym. A młody ksiądz miał ciągoty do nauki. Studiował filozofię, a tytuł pracy magisterskiej brzmiał: "Analiza logiczna dowodów na istnienie Boga u Leibniza". Po ukończeniu studiów prowadził wykłady w seminarium i przymierzał się do doktoratu, kiedy podupadł na zdrowiu. Lekarze stwierdzili silną anemię.

Na leczenie do Trojanowa
- To spowodowało, że biskup Miziołek zaproponował mi objęcie parafii w Trojanowie. "Trojanów to prawie wieś. Tam jest maleńki zabytkowy kościółek. Wyjedziesz, odpoczniesz, nabierzesz sił i wrócisz na studia" - mówił do mnie. Przyjechałem więc na swoje pierwsze i jak się okazało ostatnie probostwo. Doktoratu nie zrobiłem, bo jak złapałem parafialnego bakcyla, to zachowywałem się jak koń z klapkami na oczach. Widziałem tylko duszpasterską robotę - żartuje ks. prałat.
Ks. Antoni Jaszczołt do Trojanowa trafił w 1965 r. jako 33-letni kapłan. Nie wiadomo, czy to symptomatyczne, ale duchowny przypomina, że to wiek Chrystusowy. W wirze pracy anemia chyba rzeczywiście ustąpiła, bo funkcję proboszcza pełnił 40 lat. Zrezygnował z niej sześć lat temu w wieku 74 lat. Obecnie jest rezydentem w trojanowskiej parafii.
Kiedy pytam, czy nie myślał nigdy o przejściu do większej parafii, wyznaje, że po kilku latach probostwa przyszło mu to do głowy. Parafia była mała i biedna, na wszystko brakowało pieniędzy.
Pojechałem do swojego biskupa i pytam, czy nie chciałby mnie awansować na większą parafię. "Pomyślimy, pomyślimy" - usłyszałem w odpowiedzi. Z tym myśleniem trochę się zeszło, aż w końcu sam Pan Bóg mnie awansował. W Trojanowie zaczęły powstawać bloki, sprowadziły się tu tysiące ludzi. Parafia ożyła tak bardzo, że w małym kościółku zaczęło brakować miejsca.

Świadectwa obecności
I tu moglibyśmy zakończyć naszą opowieść, bo dalszą część kapłańskiej posługi mieszkańcy Sochaczewa dobrze znają. Również nasza gazeta wielokrotnie pisała o dokonaniach ks. Antoniego. Przypomnijmy jednak najważniejsze, czyli rozbudowę kościoła, co nie było łatwe z co najmniej dwóch powodów. Pierwszy to taki, że stary kościół znajduje się w rejestrze zabytków i wszystko trzeba było uzgadniać z konserwatorem. Drugi, że w latach 80., kiedy zapadła decyzja o rozbudowie, nie było szans na kupienie jakichkolwiek materiałów budowlanych. Na wszystko potrzebne były deputaty, pozwolenia i przydziały. Całe wsie oddawały swoje przydziały na cement, a i tak kilka dni trzeba było stać w kolejkach do składu czy fabryki, żeby dostać jakiś materiał. Dzięki oddaniu parafian udało się te przeszkody pokonać. Całe rodziny pomagały w załatwianiu formalności, gromadzeniu budulca i budowie świątyni. Powstała także nowa plebania, parkingi z kostki wokół kościoła, kaplica i punkt katechetyczny w Feliksowie. Kościół miał swoją orkiestrę i zespoły parafialne.
Miejscem, które zawsze będzie się kojarzyć z ks. Antonim jest Pomnik Poległych i Pomordowanych stojący vis a vis świątyni. Idee fixe tego monumentu była taka, aby wzbogacać go o świadectwa z pól bitewnych i miejsc kaźni polskich żołnierzy, w tym także naszych lokalnych bohaterów. Te świadectwa to ziemia przywieziona z Katynia i Miednoje, z Monte Cassino, z cmentarza polskich lotników w Newark w Anglii. Za każdym razem, kiedy do pomnika wstawiano kolejną urnę z ziemią, odbywały się podniosłe religijno-patriotyczne uroczystości. Ich inspiratorem był proboszcz Antoni.

Gołąb z kapelusza
Na nic by się zdały te materialne dowody obecności kapłana, gdyby nie jego oddanie ludziom, serdeczność, jaką okazywał parafianom i ludzkie pojmowanie ich trudnych życiowych dylematów. Czasami za tę otwartość spotykały go przykrości, bo odprawił nabożeństwo żałobne temu, co nie trzeba, albo nie był zbyt surowy dla "zbłąkanych owieczek". Ksiądz Antoni po swojemu rozwijał pracę duszpasterską. Miał własną filozofię.
- Tych, co zawsze przychodzą do kościoła nie trzeba przekonywać, że powinni to robić. Oni i tak w następną niedzielę stawią się przy ołtarzu, bo to jest ich Kościół. Ważniejsze jest to, żeby trafić do tych, co się pojawiają od wielkiego dzwonu. Na pogrzebie, na ślubie czy pierwszej komunii. Ich trzeba zachęcić, zainteresować, pokazać im Pana Boga. Kiedyś Czesław Miłosz napisał, że warto mieć na wszelki wypadek jakiegoś gołębia w kapeluszu. Bo jak się rozmowa nie klei, nie ma czym przyciągnąć słuchacza, to już go straciliśmy. Taki gołąb może nas wtedy uratować. I tak się starałem robić. Ponieważ wielkim mówcą nigdy nie byłem, bardziej przygotowywałem się do okolicznościowych mszy, licząc na to, że tych, co rzadko bywają w kościele złapię na jakąś ważną myśl. Że jak wypuszczę gołębia z kapelusza, to ludzie przyjdą drugi raz - wyjaśnia ks. prałat.
Księdza Antoniego często spotkamy w konfesjonale trojanowskiej parafii i na niedzielnej mszy św. o godz. 8. Zawsze ma w zanadrzu jakiegoś gołębia.

Jolanta Śmielak-Sosnowska

 

A A A
30-11-2018
godz.12:53
 


nadchodzące wydarzenia

poniedziałek, 17.12.2018 r. 2269050 odwiedzin

Zapisz się na newsletter

e-mail       sms     wypisz się
polecamy