Miasto Mieszkaniec Turysta Przedsiębiorca    
"Sochaczewianin Roku 2011" - żabki i misie Zyty Rybowicz

Już od czternastu lat tygodnik „Ziemia Sochaczewska” organizuje plebiscyt promujący pracowitych, twórczych, zasłużonych dla miasta ludzi. W tym roku czytelnicy gazety postanowili docenić wieloletnią pracę opiekunki zwierzą, kobiety walczącej o prawa bezpańskich stworzeń, leczącej psy i koty, zabiegającej o karmę dla nich, a zimą o ciepły kąt. Laureatką plebiscytu „Sochaczewianin Roku 2011” została ZYTA RYBOWICZ, która tytuł i pamiątkową rzeźbę wykonaną przez Krzysztofa Zielińskiego odebrała z rąk burmistrza 11 kwietnia podczas gali zorganizowanej w hotelu Chopin.

 

Spotkanie uświetnił, w kilku odsłonach, występy zespołu ABSTRAKT oraz młodych muzyków (uczniów i absolwentów) związanych z Państwową Szkołą Muzyczną w Sochaczewie. Wśród czytelników, którzy oddali głos na jednego z nominowanych, rozlosowano kilkanaście cennych nagród: sprzęt RTV i AGD, rower, a na koniec, nominowani do tytułu i goście gali podzielili się tortem ufundowanym przez cukiernię „Chodakowianka” A. Antuszewicza.

Z zaproszenia na podsumowanie czternastego plebiscytu skorzystali m.in. burmistrz Piotr Osiecki, wiceprzewodniczący Rady Miasta Arkadiusz Karaś, radny sejmiku mazowieckiego Mirosław A. Orliński, wójt gminy Sochaczew Mirosław Orliński, Prezes Sądu Rejonowego Jacek Woźnica, laureaci poprzednich edycji „Sochaczewianina…”, szefowie miejskich szkół, jednostek pomocy społecznej, przyjaciele redakcji.

Przypomnijmy, że laureatami poprzednich edycji konkursu są: dr Jerzy Krupa, Marek Stępowski, Janusz Piechna, Justyna Nowak-Sobotta, Mieczysław Nowacki, Bronisław Gawrylczyk, Mirosław Orliński, Joanna-Niewiadomska Kocik, Czesław Cieślak i Chór Towarzystwa Śpiewaczego Ziemi Sochaczewskiej, Jolanta Popiołek, Mirosław Szczepanowski, Zespół ABSTRAKT z trenerkami Moniką i Celiną Osieckimi oraz klub Boruta MC Sochaczew.

 

 

 

ZYTA RYBOWICZ i JEJ SCHRONISKOWE OPOWIEŚCI

 

Dwanaście lat miejskiego schroniska dla zwierząt „Azorek” to kawał czasu. Z placówką wiąże się wiele ciekawych wspomnień i historii, w których nie zawsze chodzi o smutne oczy porzuconych psów. Kierowniczki schroniska Zyty Rybowicz nie trzeba zachęcać do przytoczenia najciekawszych zdarzeń.

 

Egonek spod ołtarza

 

Był kiedyś taki pies, który przychodził w każdą niedzielę na południową mszę do kościoła parafii św. Wawrzyńca. Kładł się przy głównym ołtarzu i leżał tam aż do zakończenia nabożeństwa. Próbowano go oczywiście stamtąd „wyprosić”, ale się nie dawał. Żadne metody nie przynosiły efektu. Nie wiadomo, jaka była jego historia. Może jego pan przychodził na tę mszę, potem odszedł na zawsze, a pies go tam oczekiwał. W końcu trafił do schroniska. Ponieważ akurat był wolny boks, został w nim umieszczony. Jak opowiada pani Zyta, pies strasznie „płakał”. Widać, że był przyzwyczajony do wolności. - Nazwaliśmy go Egonek i umieściliśmy zdjęcie na internecie, jak to zwykle robimy. A że pies był bardzo ładny, tuż przed Bożym Narodzeniem zgłosiła się pewna pani z Łodzi i Egonka zabrała. Teraz, co roku przed świętami, przysyła nam ciągle nowe zdjęcia szczęśliwego, rozpieszczanego Egonka, który śpi na miękkiej poduszce. Można powiedzieć, że on sobie ten wspaniały dom wymodlił – dodaje.

 

Żabki i Misie

 

Człowiek człowiekowi powie dwa razy dzień dobry. Gdy spotykamy raz sąsiada, mówimy mu. Gdy zobaczymy go za parę godzin, znów się pozdrawiamy, ale później już nie, bo pamiętamy, że się widzieliśmy. Pies powie człowiekowi dzień dobry za każdym razem. Gdy idziemy dać mu jeść, musimy go pogłaskać, a on nas poliże. Gdy idziemy posprzątać w kojcu – znów to samo. Również gdy jest chory i idziemy z zastrzykiem.

- Przywieźli raz do schroniska psa z ulicy. Miał babeszjozę. Przyjechał lekarz i przepisał zastrzyki – opowiada pani Zyta. – Pies był u nas drugi dzień. Nie znałam go. Bałam się, że może mnie ugryźć. Zaczęłam więc mu tłumaczyć: „Słuchaj, jeśli mnie ugryziesz, pójdę na zwolnienie i nie będzie komu się tobą zajmować”. Mówiłam do niego, a on słuchał i w końcu, choć czułam respekt, zastrzyk mu zrobiłam. Nie ugryzł mnie i dziś czuje się już dobrze, jest gotów do adopcji. Ja z nimi dużo rozmawiam, jak z dziećmi. Bo schronisko to taki psi dom dziecka. One też czekają na adopcję. Są przeważnie bezimienne, bo kto by tam spamiętał imiona 150 psów. Dlatego na wszystkie pieski mówię Miśki, a na suczki Żabki. Również po to, aby się nie przyzwyczajały, bo potem i tak dostają od nowych właścicieli nowe imiona. Chociaż Egonek został dalej Egonkiem, ale to rzadkość.

 

Pies, który mówił

 

Jednak imiona psów w schronisku się zdarzają. Był tam kiedyś taki o imieniu Murzyn. Jak wspomina pani Zyta, były to czasy, gdy nie było jeszcze kojców, tylko budy i łańcuchy dla czworonogów. Ponieważ Murzynek obtarł sobie szyję, trzeba było wziąć go do budynku i podleczyć. Okazał się bardzo mądrym i sympatycznym psem, więc tam już pozostał. To był cudaczek. On nie jadł psiego pożywienia, tylko czekał na prawdziwe śniadanie. - Miał swój fotel i swoją poduszkę. Tak się zżyliśmy, że bardzo obawiałam się, by go nie oddano do adopcji. Dlatego ciągle „był chory”. Nawet mu szalik z darów wygrzebałam. Jak przyjeżdżał dyrektor, okręcałam Murzynowi szyję szalikiem, chociaż on i tak wiedział, o co chodzi – mówi pani Zyta. – Murzyn rzeczywiście był wyjątkowy. Potrafił nawet liczyć do trzech, a także mówić. Gdy go pytałam, czy przyjedzie dziś dyrektor, odpowiadał zawodząc – łooooo... co znaczyło, że nie przyjedzie. Kiedy miał przyjechać, wtedy Murzyn głośno szczekał. Tylko dwa razy na pięć lat się pomylił.

Kiedyś, przed świętami Bożego Narodzenia zadzwonił ktoś z miesięcznika „Mój Pies” z pytaniem, czy nie ma w schronisku specyficznych zwierząt. Pani Zyta pomyślała wtedy o Murzynie i opowiedziała redaktorowi o jego talentach. Zwłaszcza o tym, jak potrafi mówić. Jakiś czas potem przyjechała wycieczka dzieci ze szkoły podstawowej i jedna dziewczynka niespodziewanie spytała: „Proszę pani, czy to jest Murzyn?” Pani Zyta Zdziwiona: „A skąd ty to wiesz?” „A bo czytałam o nim w gazecie artykuł pod tytułem „Czy przyjdzie dziś dyrektor”. W ten sposób Murzyn rozsławił nasze schronisko. Odszedł w wieku 18 lat i przeszedł do historii ośrodka. Do dziś rośnie dla niego krzak róży będący symbolem pamięci o tym niezwykłym psie.

 

Wrócił na grilla

 

Trafił kiedyś do schroniska bardzo stary i duży pies. Miał jednak niebywałe szczęście. Znalazł się ktoś, kto chciał go przygarnąć. To rzadkość w takim przypadku. Przyjechała po niego pani maluchem i mało brakowało, a nie zmieściłby się do tego pojazdu. Z ledwością udało się go wepchnąć do środka. Pani tłumaczyła, że dla niej pies nie musi być młody. Ona ma dom z dużym ogródkiem, więc niech na stare lata pobiega sobie po zielonej trawie. Niech sobie swobodnie pożyje, nawet, jeśli to będzie rok czy dwa.

Niestety, gdy pani Zyta trzy dni później przyjechała do pracy, już z daleka zobaczyła przy bramie schroniska dużego psa. Chyba wrócił tylko po to, aby podziękować za nowy dom. Bo gdy jego pani się zjawiła, bardzo się ucieszył. – A może, tak sobie myślę – mówi pani Zyta – przybiegł na chappi z grilla,  przysmak naszych psów. Mamy go od firmy Mars Polska, zresztą jak i potężne ilości innego psiego jedzenia. Daj Boże tak innym schroniskom. Gdy po raz pierwszy to chappi pojawiło się w telewizyjnej reklamie, ja oglądając ją uśmiechałam się tylko do siebie. Bo wtedy nasze psy już dawno to jadły i były bardzo szczęśliwe.

 

Małgorzata Pałuba

A A A
13-04-2012
godz.09:15
 


podobne wiadomości
 
zapytaj burmistrza
 
pogoda
 
video
 
kamera online
 
wirtualny spacer
 
polecamy
 
najnowsze informacje
Zapisz się na newsletter aby otrzymywać najnowsze informacje z portalu.


e-mail  sms 
wypisz się    zapisz się >>
 
1696443 odwiedzin!